
Naszym łowiskiem miał być potężny falochron w okolicach Świno-portu. Nigdy tam nie byliśmy, był to nasz dziewiczy wypad. Po ponadgodzinnym marszu z dworca kolejowego , trochę pobłądziliśmy, ale sympatyczny autochton wskazał nam właściwą drogę. Po dotarciu na miejsce, ukazał się wreszcie falochron w całej swej okazałości. Długi, betonowy kolos, z jednej strony płynęła Świna, a z drugiej falował Bałtyk. Od strony morza były porozrzucane wielkie betonowe rozgwiazdy, chroniące falochron przed falami, na które próbowałem się dostać. Trochę mnie obleciał strach, kiedy wyobraziłem sobie jak spadam z jednej z nich w otchłań fal. Jednak tylko ja z naszej trójki zdecydowałem się łowić z tych niebezpiecznych umocnień, a reszta towarzystwa wybrała bezpieczne wędkowanie w rzece. W czasie łowienia nie widzieliśmy się nawzajem, chociaż dzieliła nas odległość nie większa niż pięćdziesiąt metrów. Zmontowałem gruntówkę, założyłem dużego gnojaka i próbowałem coś złowić. Za chwilę miałem pierwsze branie i pierwszą rybę z morza, a okazała się nią piękna flądra. Potem miałem już dwie następne, przytrafił mi się też okaz, którego nie potrafiłem zidentyfikować i tylko się nim okułem. Był to tzw. diabeł morski, wyjaśnił mi to miejscowy wędkarz, który pojawił się niczym duch na sąsiedniej rozgwieździe. Zacząłem gościa dyskretnie obserwować, a było na co patrzeć. Łowił tak jak ja, z gruntu i na czerwonego, ale różnica między nami polegała na tym, że on rzucał zestawem o wiele dalej. Stosował znaną bywalcom tych wód metodę na podciąganego, coś o niej słyszałem, więc postanowiłem moją teoretyczną wiedzę zastosować w praktyce, tym bardziej, że ów wędkarz zaczął łowić dość duże garbusy, jeden, za drugim. Spróbowałem zacząć go naśladować. Zmieniłem obciążenie na większe i zacząłem o wiele dalej rzucać. Z początku to podciąganie za bardzo mi nie wychodziło, ale powoli zacząłem wyczuwać muldy na dnie, a z czasem delikatne brania. Branie charakteryzowało się trochę dłuższym przytrzymaniem zestawu, niż to miałoby miejsce przy zatrzymaniu na muldach, wtedy trzeba było mocno i w tempo zaciąć, no i siedział piękny okoń. Duże garbusy brały tylko z daleka, jeśli się przegapiło branie, to bliżej brzegu było już normalne podskubywanie przynęty, wyczuwalne na kiju, ale niestety były to tylko drobne okonki. Duży okoń nigdy nie pukał, tylko przytrzymywał przynętę bez żadnych oznak na kiju, poza lekkim jego wygięciem. To był odpowiedni moment na zacięcie, bardzo trudny do uchwycenia. W ten właśnie sposób złowiłem, około trzydziestu grubych, morskich okoni, parę fląder i płoci. Po pewnym czasie przypomniałem sobie o burczącym brzuchu i zrobiłem sobie przerwę na śniadanie