Pewnego pięknego popołudnia przyjechał do mnie mój długo oczekiwany kolega ze studiów Wiechu.
Wiesiek pojawił się wraz ze swoją żoną i córeczką Wiktorią. Wyruszyliśmy więc na wycieczkę po okolicy. W Przelewickim Parku w Powiecie Pyrzyckim zwiedzaliśmy krainę pięciu stawów.
Wiechu zapalony wędkarz który bez wędki się nie rusza „na krok” chciał już po nią iść do auta, gdy zobaczył małe żerujące przy powierzchni stawu karaski. Na ich szczęście odwiodłem go od tej myśli.
Po zwiedzaniu parku postanowiliśmy udać się do oddalonego od niego o 2 kilometry łowiska specjalnego znajdującego się na stawach prywatnych tutejszego rybaka.
Pan Janek siwowłosy brodaty i tęgawy chłop ładnie nas powitał po czym pożyczył nam wypychacza i kasarka, który miał nam służyć do przetrzymywania ryb i chyba przynosić szczęście.
My zaś na poczet dobrodziejstwa naszych ukochanych żoneczek podarowaliśmy im parę banknotów aby poszły sobie na zakupy. Po znalezieniu dogodnego miejsca do wędkowania rozłożyliśmy swoje wędki i zakarmiliśmy przy stanowiskach ryby. Po pewnym czasie zobaczyliśmy jak z drugiej strony stawu na mostku dwóch panów łowiło co chwila spore karpie. Usłyszeliśmy przy okazji kilka niecenzuralnych słów gdy duże karpisko podczas brawurowego brania zerwało jednemu z nich zestaw.
Przy naszym stanowisku woda niemal kipiała a od czasu do czasu wykładało się cielsko dużego karpia.
Po półtorej godzinie łowienia małych leszczyków, przypominania sobie jeszcze z czasów studiowania łacińskich nazw ryb i organizmów wodnych Wiktorka nieco znużona zarzuciła Wieśka wędkę w kierunku drugiego brzegu, bo jak mówiła chciała zobaczyć jak to się tato te ryby robi. Kiedy minęło niespełna 2 minuty a na wędce pojawiło się mocne branie. Karpia wyciągnąć musiał już sam Wiechu, bo był dość spory a ważył nieco powyżej 3 kg. Okazało się że wystarczyło zarzucić troszkę z boku aby był efekt. Mieliśmy nadzieję , że to nie był jednorazowy fart.
Czas upływał nam bezlitośnie a my łowiliśmy tym razem tylko małe karpiki, które zaraz wypuszczaliśmy w toń wodną.
Niestety gdy nadszedł czas kiedy pojawiły się nasze żonki , sprawa wędkowania prawie natychmiast się zaczęła nieco komplikować. Okazało się, że kobiety były nagle zmęczone i chciały już jechać do domu a na dodatek zaczęło się chmurzyć i wzmogła się fala. Niektóre duże karpie zaczęły pływać tuż przy powierzchni co nam jeszcze bardziej podnosiło adrenalinę. A na sam już koniec to jeszcze poplątaliśmy sobie wędki przy czym komary nas atakowały i musieliśmy jechać do domu. Brakowało tylko burzy z piorunami , która wkrótce też nadeszła. Za karpia zapłaciliśmy trzy dychy i dychę za wędkowanie, - raz nie zawsze.
W Dolicach okazało się, że pogoda się poprawiła i zdecydowaliśmy aby pojechać z naszym karpiem nad jezioro Gardzko oddalone o 4 kilometry od Dolic by go rytualnie upiec i zjeść. Kiedy udało się nam rozpalić ognisko dzięki zwalonym gałęzią grochodrzewa zwanego pospolicie akacją do naszego ogniska podszedł tutejszy strażnik dziwiąc się, że takiego karpia w tak czystym zbiorniku złowiliśmy i że tak szybko urósł wpuszczony zaledwo rok temu. Zażartowałem wtedy , że to może jest organizm modyfikowany genetycznie. Zaraz jednak wyjaśniłem całą sprawę chyba z obawy byśmy w Gminie niemieli grupy alarmujących ekologów oraz aby nie siać zgorszenia , że niby zjadam karpia z ludzkimi genami. Strażnik był chyba usatysfakcjonowany zwłaszcza zaproszeniem do skosztowania potrawy. Złocisto przypieczony karp smakował nam naprawdę wyśmienicie bo nad wodą ryba najlepiej smakuje. Niestety tylko, te komary tu też były i piły naszą krew. Mino wszystko Jednak chyba dużo więcej to jej wypiły nam nasze kochane żoneczki, którym brakowało wygody i luksusu warunków domowych.