Pierwszego stycznia każdego roku tysiące wędkarzy z całego kraju zjawia się nad trociowymi rzekami, aby zdobyć upragnione srebrzyste trofeum. Sportowy połów na wędkę wielkich salmonidów ma w Polsce wieloletnie tradycje. Jeszcze w okresie międzywojennym w karpackich dopływach Wisły i dorzeczu Niemna poławiano na sztuczną muchę i na spinning setki troci i łososi.

NA BŁYSTKI
Zaraz po wojnie wędkarze z Karlina wykonali własnym sumptem nowe, niespotykane dotąd błystki, służące specjalnie do połowu troci. Miały one kształt łyżeczki o wyraźnie wygiętym profilu. Składały się zazwyczaj z dwóch zespolonych blaszek. Górna blaszka błystki była często perforowana, a dolna gładka.
W praktyce błystka okazała się bardzo łowna i to nie tylko do połowu łososiowatych. Błystkę nazwano karlinką. Nie można było jej nabyć w sklepach, bo była wytwarzana chałupniczo na potrzeby jej wykonawców. Wkrótce jednak możliwości zakupu podobnych wabików w sklepach stały się realne, a to dzięki trudowi i pomysłowości znakomitego wędkarza z Kołobrzegu Stefana Przychoćki. Stefan, w wyniku wielu prób, zaprojektował błystkę z jednolitej blachy mosiężnej lub miedzianej, o owalnym kształcie, nieco zwężonej w przedniej i tylnej części. Jest ona dość głęboko tłoczona, a najgłębsze tłoczenie przesunięte jest do tyłu, poza oś poprzeczną błystki. Płaszczyzna czołowa blachy łagodnie wygięta jest do przodu, a tylna, krótsza, jest bardziej podgięta w dół. Zasada ta jest zachowana w mniejszym lub większym stopniu we wszystkich wzorach błystek. Odpowiednio wyprofilowane błystki doskonale zagłębiają się w toni i znakomicie pracują, nawet przy wolniejszym ich prowadzeniu.

Początkowo Stefan produkował karlinki o naturalnych kolorach blach: miedzi, brązu i srebra. Utarło się nawet powiedzenie wśród wędkarzy: „Kto nie ma miedzi, niech w domu siedzi”. Obecnie produkcja jego błystek została znacznie rozszerzona, zarówno pod względem kształtu, jak i kolorystyki. Oprócz standardowych karlinek, produkuje bardziej wydłużone, które sprawdzają się dobrze na Słupi i Redze. Wszystkie błystki wykonywane są z blach grubości 1, 1,5 i 2 mm (o masie od 6 do 25 g). Ciekawa jest też różnorodna kolorystyka wabików: od miedzi, srebra i czerni do dwukolorowych.
Niektórzy wędkarze stosują również inne typy błystek: Morsy, Kalewy i Algi. Są też tacy, którzy próbują przechytrzyć trocie na cykady i przynęty miękkie na główkach jigowych.
Taktyka połowu troci jest prosta. Zimą i na przedwiośniu, przy wysokiej wodzie, schodzi się w dół rzeki, bez obawy spłoszenia ryb, które stoją głębiej, głowami pod prąd. Rzuca się błystkę niemal prostopadle do drugiego brzegu albo nawet nieco pod prąd, aby wykorzystać nurt rzeki do jej zagłębienia. Przynęty lokujemy przed zwalonymi drzewami, głazami leżącymi w wodzie, w zakolach czy głębokich rynnach rzecznych, starając się, aby błystka „przedefilowała” przed domniemanym stanowiskiem ryb.
Na przestrzeni kilkudziesięciu lat ukształtowały się dwie szkoły łowienia troci: karlińska i trzebiatowska. W karlińskiej stosuje się cieńsze żyłki i cięższe błystki, przeważnie bez dodatkowego obciążenia. Pracę błystki uzyskuje się przez szybsze lub wolniejsze skręcanie żyłki oraz odpowiednie manipulowanie szczytówką wędziska. Szkoła trzebiatowska stosowana jest głównie przez wędkarzy znad Regi. Wędzisko jest nieco sztywniejsze niż przy metodzie karlińskiej. Żyłka gruba: od 0,35 do 0,40 mm. Błystki podobne do karlinek, tylko trochę bardziej wydłużone i bardziej wygięte, wykonane z cieńszej blachy, na wierzchu najczęściej dekorowane. Z uwagi na stosowanie grubych żyłek, zakłada się na żyłkę (około 30 cm powyżej błystki) ciężarek ołowiany. Technika połowu takim zestawem ma tę zaletę, że możemy błystkę prowadzić bardzo wolno w dolnych i środkowych partiach wody.
Tekst Marian Paruzel
NA WOBLERY

Jak wiadomo, bardzo skutecznymi przynętami na kelty są woblery. W tej chwili Polska jest prawdziwym zagłębiem woblerowym. Przynęty te produkuje kilka dużych firm: „Salmo” z Gietrzwałdu pod Olsztynem, HRT z Kołobrzegu, „Dorado” z Krosna, „Siek M” ze Zwolenia. Istnieją także dziesiątki średnich i małych wytwórców produkujących przynęty z najróżniejszego drewna.
Większość trociowych woblerów stosowanych w Polsce ma bardzo podobny kształt. W środowisku trociarzy od dawna toczy się spór o to, kto pierwszy go wymyślił i na dość masową skalę zaczął produkować. Środowisko podzielone jest na dwie grupy: zwolenników śp. Henryka Gębskiego („Gębali”) z Lędyczka i Józefa Sendala (Balskor), dawniej z Oławy, a obecnie z Bornego Sulinowa. Rozsądzając spór, pragnę przypomnieć, że ich pierwowzorem były lipowe przynęty „Miki” Tadeusza Mikołajuka, wieloletniego prezesa Warszawskiego Towarzystwa Pstrągowego, a wcześniej akademickiego klubu „Bzdykfus”.
Dobry wobler keltowy powinien mieć od 7 do 12 cm długości. Charakteryzować się nienaganną, intensywną, stabilną i dość przewidywalną pracą. Prowadzony w silnym prądzie nie powinien wykładać się na boki, musi też wyraźnie pracować podczas ściągania z nurtem rzeki. Bardzo przydatną cechą jest możliwość dodatkowego obciążania przedniej kotwicy przynęty bez wyraźnej utraty jakości jej pracy.
W ciągu dwóch, trzech pierwszych dni sezonu zwykle skuteczne są najróżniejsze „odblaski”. Bardzo dobre są wtedy woblery w jaskrawych odcieniach zieleni, żółci, pomarańczy, czerwieni,
a nawet błękitu. Czym dalej w sezon, tym więcej ryb łowi się na przynęty w kolorach bardziej stonowanych.
Niestety rzeki, do których wstępuje troć, są bardzo różne. Dlatego na każdą rzekę, a nieraz na każdy odcinek potrzebne są różne przynęty. Na swój użytek dzielę je na duże, średnie i małe. Do dużych rzek trociowych zaliczam: Drwęcę, Parsętę i Regę. Miejscówki są w nich rozległe. Spokojne, keltowe płanie potrafią mieć 50–80 m szerokości i nawet kilkaset metrów długości.

Rzekami średniej wielkości są: Słupia, Wieprza, Radew, Parsęta powyżej Białogardu, Ina, Drawa, Pasłęka poniżej Braniewa oraz przyujściowe odcinki Wdy i Wierzycy. Według mojej klasyfikacji, mają od 15 do 25 m, jedynie w dolnych odcinkach mogą mieć 30–40 m szerokości.
Małe rzeki (od kilku do 15–20 m szerokości) to: Radunia, Reda, Piaśnica, Łeba, Łupawa, Grabowa, Mołstowa, Dębosznica na Pomorzu czy Ilanka, Pliszka na ziemi lubuskiej i Kaczawa na Dolnym Śląsku. Choć niepozbawione głębokich dołów, są generalnie stosunkowo płytkie i wąskie. Na długich odcinkach są uregulowane. Spokojne, długie keltowe płanie są tu rzadkością. W takich rzekach najskuteczniej łowi się metodą „na wypuszczanego”.
Najłatwiejsze z technicznego punktu widzenia wydają się rzeki średniej wielkości. Są zwykle na tyle wąskie, że spokojnie można obłowić wszystkie miejscówki, niezależnie od tego, czy znajdują się na środku, czy też pod naszym lub pod przeciwnym brzegiem. Dlatego sprawdzają się na nich zarówno pływające, jak i tonące przynęty średnich wielkości 8–9 cm. To właśnie na nich królują wszelkiego rodzaju „czarniaczki”, czyli wykonane z drewna (lipy lub wierzby) woblery wyprodukowane w Czarnem na Pomorzu.
W Inie skuteczne są np. „Bobry”.
Duże rzeki, szczególnie w dolnych odcinkach, są głębokie i miejscami bardzo szerokie. Stąd stosowane tam przynęty muszą daleko „latać” i, jak potrzeba, głęboko schodzić. Dlatego zimą najczęściej stosuje się tam 10–13-centymetrowe, wyporne woblery, często dociążone na przedniej kotwicy. Najciekawsze wydają się przynęty na Drwęcę Marka Jaryczewskiego, także woblery „Rico” oraz skuteczne we wszystkich pomorskich rzekach „Gębale” z Lędyczka, „Balskory” Józka Sendala, „Mejerki” Jana Meyera czy banany Marka Sieka.
Małe rzeki mają także swoją specyfikę. Na większości z nich głównie łowię na sztuczną muchę. Dlatego poprosiłem o radę dwóch przyjaciół.
Znakomity łowca i obrońca redzkich troci Witold Polakowski z Wejherowa poleca na Redę i tej wielkości rzeki 5-centymetrowe „Hornety” i „Minowy” z Salmo, a przede wszystkim „patyczaki” Cezarego Wrzyszcza oraz „Górale” i „Kenarty” z serii „Dynamic”.
Kamil Lisiecki z Lęborka: „Z przynęt na Łebę (nie tylko woblerów) z własnego doświadczenia na płytsze i średniogłębokie miejsca mogę polecić woblery Salmo, modele „Executor 7 SR”, „Minnow 7” i „Sting 9”. Dobre na głębsze miejscówki są „wobki” z Czarnego (sam używam przynęt Darka Kręcigłowy) i jako ostatnia deska ratunku wahadłówki Andrzeja Wołkowskiego. Świetne są też woblery „Góral”.
Tekst Karol Zacharczyk
Notatka: Ukazał się styczniowy (1/2012) numer „Wiadomości Wędkarskich”, a w nim:
 |
* Jakie będą składki okręgowe w 2012 roku – tabela * Noworoczny świt to dla wielu początek wędkarskiej przygody. Rozpoczyna się sezon łowienia troci i łososia. Narzekamy na gospodarkę rybacką, a powrót łososia do naszych rzek to ogromny sukces polskich ichtiologów – Na tropie salmonidów * W sezonie podlodowym łowimy leszcza w głębokich łowiskach jeziorowych. Niewielu łowi na skutych lodem wodach wolnopływających, gdzie też możemy łowić duże leszcze. Podajemy też listę najlepszych łowisk – Zimowe łopaty * Najlepsze przynęty na trocie i łososie – Na błystki czy woblery * Gdy wody nie zamarzną możemy łowić na spinning rekordowe okonie. Jak robic to przed świtem i po zmierzchu – Noce z okoniem * Ryba miesiąca – jak złowiono szczupaka 11,70 kg w Zalewie Zegrzyńskim * Jak używać podrywki zgodnie z prawem * Nasze łowiska: Zalew Sulejowski, Krutynia mazurska Amazonka, jezioro Lubiąż i jego okazy * Reportaż jak łowi się przy wiślanych burzowcach, które na szczęście niedługo znikną – Cuchnące eldorado oraz porady Kogaty, Liga Polonusów, opowiadanie, sprzętowe nowości, wędkarskie przygody, rekordy na plan, porady kulinarne.